![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
Przez
cały piękny czerwcowy dzień rozcinałem jutowe worki. W cieniu
cichutko szepczącego jesionu. W nieustannym świergocie
ptaków.
Sto
dwa worki. Rozcięte dadzą dwieście cztery płachty metrowej
długości. Na stu dziewiętnastu zostanie namalowana na każdej
stronie litera – na jednej biała, na drugiej czarna. Zaś w
siedemdziesięciu pięciu zostaną wycięte litery – w każdej
jedna. Zostanie dziesięć płacht. I dobrze. Mogę się przecież
pomylić i napisać nie tę literę co trzeba. Wszystkie te płachty
zostaną podwieszone do kratownicy dachowej ogromnej, pustej hali.
Siedem rzędów po siedemnaście płacht z namalowanymi
literami, a pomiędzy nimi sześć rzędów płacht z wyciętymi
literami – płachty z wyciętymi literami będą ustawione
prostopadle do płacht z literami namalowanymi. A wszystkie będą
wisiały tuż nad głową.
Chmura liter nad głową.
Żeby
odczytać zdanie utworzone z białych liter trzeba będzie przejść
wzdłuż pierwszego rzędu od lewej strony do prawej, a potem wzdłuż
drugiego od prawej do lewej i tak dalej aż do końca rzędu
siódmego.
J
A
K
A S Z K O D A
Ż E C H M U R Y
N I E S Ą Z M L E K A A K R O P L E D E S Z C Z U Z I A R N A M I K A K A O – W T E D Y B Ł O T O B Y Ł O B Y Z A P E W N E C Z E K O L A D Ą L U B D E S E R E M L O D O W Y M Z O W O C A M I N I E B A Po
drugiej stronie ostatniej płachty z białym A będzie czarne J.
Znowu trzeba będzie przejść wzdłuż rzędów od lewej do
prawej i od prawej do lewej, czyli bustrofedonem.
J
A K
T O D O B R Z E Ż E C H M U R Y
N I E S Ą Z M L E K A A K R O P L E D E S Z C Z U Z I A R N A M I K A K A O – W T E D Y B Ł O T O N I E U D A J E C Z E K O L A D Y A Z N I E B A S Y P I E S I Ę N A G Ł O W Ę S Z K L I S T Y G R A D Natomiast
wycięte litery w rzędach pomiędzy będą układały się na
przemian w słowa
Z A C H M U R Z E N
I E
P
R
Z
E J A Ś N I E N I E
Bardzo
to skomplikowane. Bywają jednak rzeczy bardziej skomplikowane.
Bywają też prostsze.
Droga
jutowych worków też była skomplikowana. Najpierw wieziono w
nich kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej. Co było potem – nie
wiem. Do mnie przywieziono w nich cztery tony brykietu z trocin. Nie
jestem aż tak szalony, żeby ogrzewać dom kakaowym ziarnem.
Aczkolwiek bardzo chętnie ogrzewałbym siebie. Lubię kakao. Bardzo
lubię.
Te
worki są inne niż poprzednie. Tamte też były jutowe, lecz
materiał miał ciaśniejszy splot. Chyba z Indii. Na pewno
poherbaciane. Co wcale nie znaczy, że kupiłem na zimę kilka ton
herbaty. Lubię herbatę. Jakże często ogrzewam i studzę swoje
ciało i umysł herbatą. Szczególnie zieloną. Przede
wszystkim zieloną. Bardzo lubię zieloną herbatę.
Nie
wiem co się stało z tamtymi workami. Chyba zamokły i zgniły.
Trochę ich uratowałem. Ufarbowałem na bardzo ciemną zieleń i
głęboką czerwień. Robię z nich okładki. Są bardzo ładne, ale
trzeba się przy nich namęczyć, bo juta jest gruba, trudno się
zagina i niechętnie klei. Ta nowa jest zbyt rzadka. Nie nadaje się
na okładki. Nadaje się na fruwający wiersz. Jest koloru kakao.
Tak
mi się w głowie roiło przez ten dzień i przez kilka poprzednich.
A potem przez kilka następnych malowałem litery i je wieszałem.
I
już jest wiersz. Ale nie fruwa. Czasami fruwają w nim, niczym w
chmurze, wróble. Czasami zachodzą tu ludzie. Wydają się
mniej zabłąkani niż ptaki. Może bardziej zaskoczeni, że tak
łatwo można chodzić z głową w kakaowej chmurze.
<<< |
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |