<<<





Styczeń 2012

Na wystawie w Płocku spotkałem mojego znajomego, artystę grafika, który czasami robi też książki. Cenię to co robi za swoistą czystość i delikatność. Taka też była książka, którą zaprezentował. Jak zwykle też poza tytułem nie zawierała żadnych słów. On również z zainteresowaniem oglądał moje ostatnie książki, widujemy się bowiem rzadko, raz na kilka lat. Powiedziałem mu, że z powrotem dosyć dużo rysuję, chociaż nie tyle ile bym chciał, i że w następnej książce będzie pewnie tyle samo rysunków co tekstu, aż wreszcie może zrobię książkę, w której będą same rysunki, aczkolwiek opatrzone haikalnymi tytułami. On wtedy żartobliwie wypomniał mi, jak to wiele lat temu oglądając jego wystawę stwierdziłem, może nawet z pewnym lekceważeniem, że książka bez tekstu to nie książka.... No tak. Tak było.... Tylko, że chodziłoby mi o taki rysunek, który jest jak pisanie. Który jest pisaniem. Który jest tekstem. Żeby między narysowaniem a opisaniem widoku z okna nie było różnicy. Zatem ta książka powinna być RYSOPISEM we właściwym i dosłownym tego słowa znaczeniu.
Na razie ta następna będzie mapą. Mapą napisaną-narysowaną, jak to jest w przypadku mapy bywa. Czasami w moich książkach pojawiały się strony-mapy. Zawsze marzyłem jednak o tym, by zrobić książkę-mapę. Prawdopodobnie będzie ona nosić tytuł Pochwała płaskiego.





Grudzień 2011 – styczeń 2012

Każda moja książka ma swój początek w jakiejś poprzedniej mojej książce. Jej zalążkiem może być słowo, zdanie, myśl, układ strony. Potem ten zalążek, jak to zalążek, rośnie, powoli lub szybko. Czasami przybiera formę przetrwalnikową i drzemie, zbiera siły, dojrzewa. Potem nagle wybucha, rozkwita i jest nowa książka – jak te rośliny, które czekają ukryte pod powierzchnią ziemią, aż pożar oczyści ją ze wszystkiego co zielone i wtedy one rosną jak szalone, by zdążyć przed innymi roślinami, które niechybnie się tu pojawią niesione wiatrem lub w brzuchach ptaków, by jeszcze raz skolonizować żyzne pustkowie.... Zachłysnąwszy się tym jakże atrakcyjnym porównaniem należy jednak otrząsnąć się i zadać pytanie: a skąd wzięła się pierwsza książka? Wbrew oczekiwaniom odpowiedź na to pytanie jest nadspodziewanie łatwa: z rozmaitych tekstów pierwotnych, które nigdy nie stały się książkami, które zachowały się lub nie w starych zeszytach i maszynopisach, może jednak okazać się, że akurat ten tekst, w którym pojawiło się to jedno słowo, to zdanie lub myśl-zalążek, zaginął, tak jak dawno przepadły słowa i zdania mówione, które przecież bez wątpienia poprzedzały te napisane – nie można jednak wykluczyć i tego, że ważniejszy od nich był jakiś rysunek, bazgroł poczyniony niezdarną jeszcze ręką.
Jeśli rzeczywiście tak jest, to moja nowa książka nie jest moja, ponieważ nie ma ona początku w żadnej z moich poprzednich książek. Czyli wreszcie pojawił się wyjątek, który potwierdził regułę. Otóż ta książka pojawiła się absolutnie nagle. Z zewnątrz. Nie była oczekiwana. Nie była planowana. Nie miała swojego zalążka, ani jakiegokolwiek ziarna cierpliwie we mnie dojrzewającego, kumulującego energię i czekającego na swój nieuchronny czas. Pewnego dnia zobaczyłem na ekranie mojego komputera szkice wykonane techniką sumi-e przez Venantiusa. Przedstawiały one tańczących ludzi.... Co ciekawe, nie potrafiłbym teraz wytłumaczyć jak to się stało, że zobaczyłem właśnie te rysunki, dlaczego spośród dziesiątków innych venantiusowych rysunków wyświetliły się właśnie one. Trudno podejrzewać, że było to wynikiem jakiegoś knowania, dalekosiężnych spekulacji i skomplikowanych intryg. Nie było też chyba wynikiem naszego spotkania, do którego doszło kilka lat temu i które trwało kilka godzin i w czasie którego na pewno nie rozmawialiśmy o tańcu, balecie czy butoh. Zapewne rozwiązywanie tej zagadki mogłoby być tematem intrygującej książki, zgoła sensacyjnej, która może nawet sprzedałaby się w wielotysięcznym nakładzie, a nie w kilku egzemplarzach ręcznie robionych... może nawet ktoś odważyłby się sfilmować tę niebywałą historię.... Nie będę jednak zajmował się tą zagadkę, albowiem czekają na mnie inne, dużo bardziej fascynujące zagadnienia.
Tak więc zobaczyłem te rysunki, a chwilę później w mojej głowie była już gotowa cała książka. CorrespondAnce. O korespondencji umysłu i ciała. Obrazu i tekstu. O tym jak umysł tańczy z ciałem. O tym jak tekst tańczy z obrazem.
Miało to wyglądać tak, że na początku tekst miał być zdecydowanie i wyraźnie i bez wątpienia tylko tekstem, a rysunek rysunkiem. Z każdą następną stroną to rozróżnienie stawałoby się coraz bardziej wątpliwe – tekst coraz bardziej miał przypominać rysunek, a rysunek coraz bardziej stawać się tekstem, aż w końcu stopiłyby się w jedno. Tak miało być, ale tak nie jest. To znaczy jest tak tylko częściowo. Czyli jak zwykle mi się nie udało. Co dobitnie świadczy o tym, że jednak jest to moja książka. Znaczy to także, że ta książka staje się kolejnym zalążkiem innych książek. Ciekawe jakich.

Venantius J. Pinto jest hinduskim artystą mieszkającym na stałe w Nowym Jorku. Chciałem wyrazić ogromną wdzięczność za jego talent i za jakże wielką otwartość głowy i serca.




Wrzesień 2011

Wreszcie wydarzyło się to, co mogło i powinno wydarzyć się już dawno temu. Wreszcie jest powód do dumy i prawdziwego zadowolenia. Albowiem wreszcie ktoś chciał i próbował ukraść moje książki. Zapewne większa duma by mnie rozpierała, gdyby kradzież zakończyła się sukcesem, tym bardziej, że chodziło tylko o Nieznaki drogowe i Traktat kartkograficzny, czyli o książki których zrobienie nie jest zbyt skomplikowane, więc żal spowodowany ich stratą z pewnością nie zagłuszyłyby poczucia satysfakcji. Zdarzyło się to podczas prezentacji-wystawy, która miała miejsce w ramach kilkudniowej konfrontacji sztuk rozmaitych w pewnym ośrodku kultury. Książki odnalazły się w sąsiednim pomieszczaniu (takim o charakterze biurowo-klubowym). Zostały tam wyniesione przez dwie młode osoby, które również brały udział w owych konfrontacjach, i które stwierdziły, że „chciały sobie je poczytać w bardziej spokojnym miejscu”; nie powiedziały jednak, że zamierzały je odnieść – co zatem zamierzały z nimi zrobić? Nie wiadomo. Raczej trudno domniemywać, że chciały je zniszczyć, podrzeć i spalić. Bardziej prawdopodobne jest to, że potem przeniosłyby je w „jeszcze spokojniejsze miejsce”, żeby czytanie dokończyć. Niemniej jednak to tylko domniemania. Bynajmniej nie niemiłe.




Kwiecień 2011


Jak widać minął już rok od ostatniego wpisu. Z tego jakże prostego faktu można by wysnuć kilka daleko bardziej skomplikowanych wniosków. Na przykład taki, że ten blog (jeśli jest to blog – to, że coś się nazywa blog, lub jest pod taką nazwą przedstawiane, wcale nie świadczy o tym, że jest to właśnie blog; nazwy bywają przecież bardzo złudne) należy do najgorszych i najnudniejszych. Trudno jednak oczekiwać, że nie będzie on nudny, skoro życie książek do najciekawszych nie należy. Absolutna większość z nich absolutną większość tego życia spędza stojąc nieruchomo na półce. Nawet proces powstawania książki (chociaż sam w sobie niezmiernie fascynujący – to stopniowe materializowanie się tego, co było chmurą niewyraźnych myśli w głowie twórcy) też jest nudny; gdyby ktoś chciał nakręcić film rzetelnie opowiadający historię powstania jakiejś książki, to przez dziewiętnaście dwudziestych tego filmu na ekranie powinniśmy oglądać piszącego pisarza; co prawda mógłby on wykonywać różne inne drobne, mniej lub bardziej dramatyczne czynności jak rozmowa przez telefon czy picie herbaty, lub też wpadanie w zachwyt albo we wściekłość, przede wszystkim jednak stukałby w klawiaturę albo coś bazgrał w zeszycie, w zależności od upodobań, przyzwyczajeń i konieczności. Niestety, książki nie piszą się same, a ilość literek i ułożonych z nich słów potrzebnych do stworzenia średnich rozmiarów książki jest przeogromna. No a jeśli dodać do tego jeszcze różne inne zabiegi edycyjno-kompozycyjne, to już szkoda nawet o tym mówić i pisać...
Czasami jednak zdarzają się zawirowania zgoła niewytłumaczalne. Ponieważ jednak zdarzają się one bardzo rzadko (znacznie rzadziej niż wpisy na tym blogu), równie rzadko należy o nich wspominać – oczywiście jest zupełnie inaczej, albowiem ludziom wydaje się, że właśnie tylko te zawirowania są ważne i to one tworzą historię, w związku z tym tylko one zasługują na opisywanie. Co więcej, z takich to wydarzeń wznosi się niebywałe konstrukcje, przy których domki z kart są budowlami solidnymi niczym egipskie piramidy; co dziwne, lecz bardzo logiczne i niezwykle łatwe do wytłumaczenia, owe konstrukcje bywają trwalsze od piramid – no cóż, nie są przecież chłostane piaskowymi biczami pustynnych wiatrów...
A oto takie właśnie wydarzenie.
Po jak zwykle nudnym i żmudnym oraz absolutnie fascynującym procesie tworzenia, wreszcie zrobiłem pierwsze egzemplarze nowej książki NOrWAY TO KVIKAKO. Ponieważ obiecałem, że wyślę książkę tam, gdzie zrodził się jej pomysł (lecz nie tam, gdzie dzieje się jej akcja, czyli do miejsca, które ona opisuje, albowiem to miejsce tylko w przybliżeniu znajduje się tam) czyli do Mundal we Fjaerland w Norwegii, tak też zrobiłem. Postanowiłem wysłać dwa egzemplarze. Każdy zapakowałem do takiej samej bąbelkowej koperty, napisałem ten sam adres, zapłaciłem tyle samo za każdy list i nakleiłem tyle samo takich samych znaczków. Nie wiem, czy pieczątki zostały przybite w tych samych miejscach – nie zwróciłem na to uwagi, a powinienem, gdyż to mógł być powód późniejszych wydarzeń. I takie dwa bliźniacze listy poleciały-pojechały-popłynęły na północ. (Dlaczego wysłałem książki oddzielnie? Dokładnie nie wiadomo. Względy finansowe nie były najistotniejsze, aczkolwiek pani na poczcie poinformowała mnie, że wysyłając je razem, już jako paczkę, zapłacę więcej, co, jak się później okazało nie było prawdą – czy świadczyłoby to zatem o umyślnym wprowadzeniu mnie w błąd? raczej nie, gdyż od początku miałem zamiar wysłać książki oddzielnymi listami.) Oczekiwałem, że wysłane razem, w tej samej minucie, przybędą do Mundal także razem, jeśli nie w tej samej minucie, to przynajmniej tego samego dnia. Kiedy po kilku dniach otrzymałem wiadomość, że do celu dotarła tylko jedna książka, przypomniała mi się historia sprzed kilku lat. Wówczas też wysłałem dwie książki identycznie zapakowane i tak samo zaadresowane, tyle że do innego kraju. To były dwie „Ulice”. Dotarła tylko jedna. Ponieważ książki zostały kupione, wysłałem kolejny egzemplarz w miejsce tego zagubionego – dotarł bez przeszkód. Jakież było moje zdumienie, kiedy po kilku tygodniach ów zagubiony egzemplarz został dostarczony przez listonosza do mojego domu. Nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego tak się stało, jaki był powód nie doręczenia drugiego listu – wyglądało to tak, jakby ktoś na poczcie widząc dwie takie same przesyłki zdecydował, że to za dużo, że jedna wystarczy, że wysyłający pomylił się i trzeba jego błąd naprawić... Czy historia powtórzy się? Zobaczymy. Teraz muszę wysłać trzecią książkę do Mundal. Być może to jest warunkiem powrotu tej drugiej do domu. A co się teraz z nią dzieje? Fruwa gdzieś? Jedzie? Płynie? Leży w magazynie czekając na ratunek? Ktoś ją czyta?... Czy oprócz wysłania trzeciej książki powinienem też rozesłać list „gończy”? Uciekła mi książka. Donikąd. Ktokolwiek ją widział proszę o kontakt.




kwiecień / maj 2010

Z pewnym opóźnieniem, ale też i z pewną satysfakcją, zawiadamiam, że Hasa Rapasa nie zdobyła żadnej nagrody, ani nawet wyróżnienia na pięćdziesiątym konkursie na najpiękniejszą książkę roku organizowanym przez PTWK. Podczas omawiania wyników na spotkaniu z uczestnikami konkursu jury stwierdziło, że zupełnie nie rozumie o co w tej książce chodzi i dlaczego jest taka dziwaczna. Na sugestię, że aby zrozumieć o co chodzi, trzeba tę książkę przeczytać, jury odpowiedziało, że nie czyta książek zgłoszonych do konkursu. Dalsza rozmowa, jak również tłumaczenie zasad geometrii magiczno-dziwacznej (książka ma kształt trapezu pięciokątnego), nie miało sensu.
Ciekawe: omawiając album unikalnych kolorowych diapozytywów z żydowskiego getta z czasów drugiej wojny światowej, jury stwierdziło, że książka dostała tylko wyróżnienie a nie nagrodę, ponieważ owe zdjęcia robił Niemiec i Żydzi na nich są uśmiechnięci.




grudzień 2009

Moje książki ulegają zastanawiającym przeobrażeniom. Wiele z tych przeobrażeń uwarunkowanych jest warunkami technicznymi – używam coraz lepszych maszyn, które potrafią więcej. Ja zresztą też potrafię więcej, taką przynajmniej mam nadzieję.
Oto książka, która teraz przybrała formę kalendarza. Poprzednio była klepsydrowym dwuksiągiem, a na samym początku monstrualnym, nieporęcznym leporello (bowiem 365 kartek sklejonych w harmonijkę to doprawdy coś monstrualnie nieporęcznego) – lecz to, co w niej najważniejsze pozostało niezmienione: struktura... podział na część dzienną i nocną... ilość kartek i układ poszczególnych stron... wszystkie zawarte w niej opowieści..... Oto inna książka: na początku była zbiorem luźnych, prostokątnych kartek, potem była trójkątem kwadratowym, teraz jest trapezem pięciokątnym – lecz to, co w niej najważniejsze pozostało niezmienione: struktura... owa tajemnicza, magiczna geometria... wszystkie zawarte w niej opowieści, chociaż poszczególne strony zostały trochę przeprojektowane, niemniej każda jest ciągle układanką z tych samych elementów..... Czy to są te same książki czy już inne? Może się przebierają? A może przepoczwarzają? Były larwą, potem poczwarką, a teraz są wreszcie motylem? ..... Ciągle ten nierozwiązany problem tożsamości nękający wszystkie istoty: codziennie staję się kimś innym, lecz pozostają sobą ...... Zaś niektóre moje książki nie ulegają przeobrażeniom, nic się w nich nie zmienia od momentu powstania. Czyżby urodziły się stare? Od razu dojrzałe? Od razu wyfrunęły z mojej głowy i moich rąk papierowe motyle?




listopad 2009

Oksford. Uniwersytet Brookes'a. Targi Książki Pięknie Drukowanej. Po raz czwarty. Ale po kilkuletniej przerwie. Niemniej jednak znowu na stoisku numer 55. Miło. Dużo znajomych - dużo starszych i bardziej siwych. Dużo osób znających i pamiętających moje książki. Jak zwykle dużo rozmów, mnóstwo rozmów. Trochę szkoda, że nie było tyle zakupów ile rozmów... no ale nie można mieć wszystkiego. Jak zwykle też dużo wątpliwości: czy to aby na pewno jest właściwe miejsce dla moich książek? przecież one są tylko ładnie drukowane..... Zapewne najlepiej czułyby się na Targach Książki Semantycznie Drukowanej. Jak dotąd jednak nikt nigdzie takich targów nie zorganizował.




wrzesień 2009

Długo nie pisałem. To może znaczyć, że albo nie było o czym, że w sekretnym i jawnym życiu książek nie zaszło nic godnego uwagi, albo że działo się tak wiele, iż brakło czasu na dokonywanie wpisów. Albo jedno i drugie. Albo ani to, ani tamto.
Pierwszego kwietnia 2009 roku Krystyna zarejestrowała LIBERATORIUM jako normalne wydawnictwo. Świetna data. Koincydencja wyjątkowo udana. Wszak to szaleństwo zakładać wydawnictwo. Być może tylko w szaleństwie metoda. Zresztą z naszego punktu widzenia nic szalonego w tym nie ma. Ot, po prostu pewne sprawy zostaną uporządkowane, a inne zagmatwane. Książki dostaną numery ISBN. Nowe, piękne maszyny zakupione za unijną dotację pozwolą drukować szybciej, lepiej i taniej, a przez to i książki wreszcie będą miały rozsądne ceny, kilkakrotnie niższe niż dotychczas, choć liczyć na to, że ludzie zaczną kupować coś, co im jest zupełnie niepotrzebne, to chyba naprawdę czyste szaleństwo. Cała pracownia i biblioteka powędrują na strych, a salon na dole stanie się wreszcie salonem, zaś sypialnia sypialnią. Zmieni się strona www – już się zmienia... Poza tym nic się nie zmieni. Książki nadal będą zwariowanymi labiryntami, będą takie jakie mi się roją i śnią, jakie sobie wyobrażam, a nie takie jakie chcieliby czytać ludzie – no chyba że oni chcą, by moje książki były takie jakie mi się roją i śnią, jakie sobie wyobrażam ..... No cóż, nic na to nie poradzę. Świat jest taki jaki jest, a nie taki jaki ludzie sobie wyobrażają i oczekują że będzie, jaki chcieliby żeby był. I tak jest z moimi książkami. Nie może być inaczej, bo przecież moje książki są niezmiennie kolejnymi tomami NIEOPISANIA ŚWIATA, a nieopisywania nie jest opisywaniem, lecz byciem takim jak to, co ma być opisane.....




- - - - - - - - - - - - -



październik 2008

Odszukałem moją pierwszą książkę. Chyba nie powinienem używać w stosunku do tego dzieła słowa „książka”, ale nie wiem jak je nazwać. Zapewne nie powinienem używać także słowa „dzieło”. „Tekst” też nie pasuje, ponieważ to jest coś więcej niż tekst (a miało być jeszcze więcej). Otóż jest to opowieść o upływie czasu, może także o podróżowaniu, więc dwadzieścia kilka stron maszynopisu zostało zszytych nie z boku, lecz u góry, jak ścienny kalendarz. Nie tylko dlatego, żeby odwołując się do kształtu kalendarza przypominać o upływającym czasie – także dlatego, że tekst inaczej płynie, kiedy nie musimy przenosić wzroku z dołu przeczytanej strony na górę strony nie przeczytanej, podczas gdy odwracanie kartki w bok brutalnie tekst przecina. Nie było w tym żadnej spekulacji. Ot, zwykła intuicja podpowiadająca, że skoro życie płynie i czas płynie, to i opowieść powinna płynąć ...... Dlatego również lewy margines został postrzępiony – żeby tekst był niczym woda w strumieniu – oba brzegi tego strumienia miały być porośnięte rysunkami, lecz mój brat niczego nie narysował, więc pozostały do dziś gołe. Stwierdził, że mimo najszczerszych chęci niczego nie narysuje, ponieważ może rysować tylko wtedy, kiedy to ręka go prowadzi, a nie on rękę – jakiekolwiek zamówienie, a moja prośba była przecież rodzajem zamówienia, niszczy ten subtelny układ. Bardzo dobrze to rozumiem, więc nie nalegałem ...... A działo się to wszystko późną jesienią 1976 roku.
TO zostało przedstawione mojej ciotce, która PISAŁA. Miała wówczas już za sobą debiut wydawniczy w postaci zbioru opowiadań. Ciotka TO przeczytała i stwierdziła, że nie wie jak TO ocenić, ponieważ nie wie co TO jest. Gdyby wiedziała co TO jest, wiedziałaby również jak TO ocenić. Na przykład, gdyby TO był esej, to należałoby zastosować kryteria oceny eseju i już. Niestety, nie mogłem pomóc ciotce, bo ja też nie wiedziałem co TO jest. Teraz też nie wiem i prawdę napisawszy niezbyt mnie to nie interesuje. Co TO jest każdy widzi. TO jest tym czym jest i tyle ...... Chyba nie zdobędę się na odwagę, żeby TO przeczytać. Choć może TO jest właśnie to, co posłuży mi za materiał do książki, którą chciałbym kiedyś zrobić: jakiś stary mój tekst umieszczony na środku dużej strony – zewsząd szerokie marginesy, a na nich komentarze – te komentarze byłyby po trosze jak owe nienarysowane przez brata zarośla pełne fantastycznych istot – ja-stary czytam COŚ co napisałem ja-młody ..... co napisał ja-młody – przecież ja-stary i ja-młody to nie to samo - - - - 




październik 2008

Krosno. Biblioteka Wojewódzka. Pokazuję, prezentuję, demonstruję, wyjaśniam, opowiadam. Książki i hiperteksty. Prawie dwie godziny. Raczej nie widzę oznak znużenia i znudzenia u kilkudziesięciu osób, głównie pracowników rozmaitych bibliotek (chyba). Fascynujące, tylko jak to katalogować? - mówi potem dyrektor. No ale czyż nie takie rzeczy właśnie czynią życie bibliotekarza fascynującym? - mówię potem ja.




wrzesień 2008

Płock. Płocka Galeria Sztuki. Prezentuję Nieznaki drogowe. Niczego innego nie mogę pokazać, bowiem wszystkie książki mam uwięzione w pokoju o półprzezroczystych ścianach. Nieznaki polskie wydrukowaliśmy na ploterze i mają teraz wielkość normalnych znaków drogowych. Wiszą w rzędzie. Udają drogę (chciałem, żeby udawały miasteczko, ale na to nie było miejsca na antresoli). A może nie udają. Na końcu tej udawanej-nie-udawanej drogi, pod ścianą, krzesło i stolik. Na krześle książka. Czyli coś jakby droga do książki. Albo od książki. Nie – do, ponieważ schody prowadzące na antresolę znajdują się na drugim końcu szeregu plansz niż stolik ...... Podchodzi do mnie rozentuzjazmowany mężczyzna. Mówi, że jest aktorem i że nieznaki to świetny materiał na monodram, znakomity, już ma pomysł na scenografię, na cały spektakl, widzi scenę, słyszy te teksty kłębiące się w głowie sfrustrowanego kierowcy ...... Nie powiedziałem: nie. Powiedziałem: zobaczymy. Pracując na tą książkę wcale nie myślałem o sfrustrowanym kierowcy. To znaczy sfrustrowany kierowca wcale nie miał być głównym tematem – mógłby się pałętać gdzieś na dalszym planie. To raczej miała być praca z zakresu niekończących się dywagacji o wyższości obrazu nad słowem i na odwrót.
Potem przypomniałem sobie, że w jednej z pierwszych moich książek umieściłem na początku notkę, w której zabraniałem dokonywania jakichkolwiek prób inscenizacji i argumentowałem to w ten sposób: „och, ludzie gotowi byliby wystawić na scenie nawet przepisy ruchu drogowego” ...... No i co teraz robić? Cierpliwie czekać. Czujnie obserwować jak semiologia przeradza się w dramat.




wrzesień 2008

Kielce. Wojewódzka Biblioteka Publiczna. Nowy budynek. Sala bardzo duża i zupełnie pusta. Buduję w środku pokój – taki, żeby można było w nim wygodnie siąść w fotelu, albo przy biurku, wziąć z półki książkę i poczytać. Ściany robię z półprzezroczystej, białej flizeliny. Pociąłem ją na kwadraty o boku 90 centymetrów i na każdym napisałem białą kredką jedną literę. Układają się w zdanie, które można odczytać chodząc wokół pokoju:
A DOOKOŁA KAŻDEJ KSIĄŻKI CICHO SZEMRZĄCA LŚNIĄCA PUSTKA
Czterdzieści sześć liter, siedem spacji i dwa puste miejsca na wejście. Więcej nie może być, bo więcej się nie zmieści. I dobrze. Nie potrzeba więcej. Cóż tu więcej pisać? ...... Miałem jeszcze napisać jedno zdanie. Bardzo długie. Na podłodze. Tuż przy ścianie. Biegłoby ono dookoła całej sali. Miało coś opowiadać o pustej ścianie. Czyli o tym najważniejszym momencie w całym długim i pokrętnym procesie powstawania książki, kiedy to co wypełnia mój umysł musi się z niego wydostać i pojawić w jakiejś postaci na kartce papieru. Albo na czymś innym ..... Ale go nie napisałem. Z różnych powodów. Może i lepiej. Bo to wcale nie najważniejszy moment. To tak samo ważny moment jak każdy inny. No, może najbardziej nieuchwytny. Jak zasypianie.

Po wernisażu podszedł do mnie jeden z pracowników biblioteki, który pomagał mi trochę przy montażu i powiedział: Podziwiam pana – robić takie rzeczy w takich czasach... (Miał na myśli książki, a nie samą wystawę.) Mógłby jeszcze dodać: i w takim kraju – ale nie dodał. Ja zaś mógłbym odpowiedzieć: Nie jest źle – mógłbym przecież trafić na gorsze czasy i gorszy kraj. Ale nic nie powiedziałem. Wyszliśmy. Zostawiliśmy w sali pustkę. Niech cicho szemrze i lśni.

>>>



styczeń 2008

Gdynia. Konferencja “Druga rewolucja książki”. Dlaczego rewolucja i dlaczego druga? Nie wiem. Nie ma co się jednak tym zbytnio przejmować. Tytuły i nazwy z reguły są dziwne. Moje wystąpienie też miało dziwny tytuł. Bardzo dziwny. UTEKSTOWIENIE ZNAKU. UZNAKOWIENIE TEKSTU. Zupełne dziwactwo. Chciałem opowiedzieć o relacjach między tekstem i znakiem. Chciałem też zaprezentować ostatnią moją książkę czyli Nieznaki drogowe. Oczywiście, opowiadałem nie o tym, o czym chciałem, choć miałem przygotowany plan. Widocznie pomyliłem znaki i skręciłem nie tam gdzie powinienem. Nie ma w tym nic dziwnego. Z reguły opowiadam nie o tym, o czym chcę opowiedzieć. Właściwie to nie powinienem w ogóle gęby otwierać. Powinienem na tym bardzo dużym ekranie wyświetlić po kolei wszystkie strony książki. A tak w ogóle, to lepiej byłoby gdybym poklikał trochę po Emeryku. Może hipertekst jawiłby się jako bardziej rewolucyjny niż znakotekst. No ale tego nie zrobiłem. Miałem się też naczytać w pociągu, ale tylko się nadrzemałem. Mógł też mnie wiatr zwiać do morze, ale tego nie zrobił. Nie było więc tak źle. Poza tym wymyśliłem co nieco do Liberlandii. A najważniejsze było olśnienie. Iluminacja. Oto bowiem przywiozłem ze sobą dziesięć prawie dwumetrowych listewek, żeby przyczepić do nich nieznaki formatu A2 i przekształcić fragment sali wykładowej w niby-drogę. A potem nie wiedziałem, co z nimi zrobić. Szedłem ulicą i czułem się niczym pierwotny myśliwy wyruszający z dzidą w ręce na jakiegoś zwierza. Ryczał wiatr, zacinał deszcz. Rozpacz i wściekłość. Wtem olśnienie: nie oszczep niosę, nie dzidę trzymam w ręce, lecz boki do pudełek na moje książki! Od pięciu lat wycinam krzywe boki – męczę się, rozpaczam i wściekam – a przecież mogłem kupować takie listewki – są przecież różnej szerokości – równiutkie i gładkie - - - - - - I potrzebowałem pięciu lat i pięciuset kilometrów, żeby wpaść na ten pomysł! Rewolucyjny pomysł! Prawdziwie rewolucyjny! Kolejna rewolucja moich książek!



grudzień 2007

Przez dwa miesiące kilkadziesiąt zrobionych przez mnie książek będzie leżeć w gablotach w głównym holu Biblioteki Narodowej w Warszawie: zamknięte, otwarte, złożone, rozłożone... Czy może być lepsze miejsce dla książek? Tak. Oczywiście. Ręce czytelnika.



wrzesień/październik 2007

W zasadzie stało się to, co miało się stać, bo przecież nic innego nie mogło się stać, a oczekiwać że stanie się co innego byłoby szaloną naiwnością. Kiedy wiosną 2005 Koniec świata według Emeryka został wydany na CD zastanawiałem się, na której półce w ksiągarni można będzie go znaleźć. W żadnej nie było półki z hipertekstami, albowiem nikt przedtem takowych w Polsce nie wydawał ani nie pisał. I oto moja ciekawość została zaspokojona. W księgarniach pojawiła się ostatnio półka z książkami do słuchania. Tam też, ku mojemu zdumieniu, choć zdumiewać się nie miałem prawa, znalazłem Emeryka. Oczywiście, nie we wszystkich księgarniach, lecz w nielicznych – w większości nie ma go wcale. W największej księgarni internetowej też jest w dziale audiobook'ów. Zatem, poszukiwacze hipertekstów mają znikome szanse, aby go znaleźć. Nie przejmujmy się jednak tym zbytnio – poszukiwaczy hipertekstów też jest znikoma ilość. Dlatego teraz będzie można znaleźć całego Emeryka w Liberatorium.




20 lipca 2007

Znajomi czytali na głos moje książki w kieleckiej galerii BWA. Nocą. Właściwie nie powinienem się zgodzić, bo wszystkie moje książki objęte są zakazem czytania na głos. Ze względów jak najbardziej oczywistych i nie wymagających tłumaczenia. Zgodziłem się jednak, bo pomyślałem, że to dobra okazja, żeby pokazać iż one są przede wszystkim do czytania, chociaż na pewno innego niż głośne. Wiele osób jest bowiem przekonanych, że można je jedynie oglądać, bo do czytania, jakiegokolwiek, nie nadają się one w ogóle.



maj 2007

Przerobiłem LIBRO2N. Leporella przekształciłem w kodeksy. Będziej poręczniej, wygodniej. Mój przyjaciel, który dostał egzemplarz leporellowy, poinformował mnie, że udało mu się książkę otworzyć i rozłożyć. Nic nie wspominał o tym, czy udało mu się ją złożyć i zamknąć. Zapewne mu się uda. Jest on wielkim miłośnikiem książek, więc na pewno ją przeczyta z wielką uwagą i z wielką pieczołowitością złoży i zamknie.



7 maja 2007

Spotkanie w Bibliotece Miejskiej w Krośnie. Po jednej stronie barykady ja – po drugiej kilka klas gimnazjalistów. Barykada z książek. Z liberatury i hipertekstu. Opowiadam im o czymś czego nie znają i nie mam do nich pretensji o to, że tego nie znają, bo jak gdzie i kiedy mieliby to poznać? Trudniejsze jest to, że opowiadam o czymś czego nie chcą poznać, bo uważają to za kompletnie niepotrzebne i bezużyteczne. Można tylko mieć nadzieję, że za ileś tam lat ktoś z nich nagle, ku własnemu przerażeniu, zechce znaleźć odpowiedź na podchwytliwe pytanie: czy można pisać okrągłymi literami o rzeczach kanciastych?



25 kwietnia 2007

Edinburgh World Heritage. 5 Charlotte Square. Dwugodzinna prezentacja Liberatorium. Reakcje bardzo dobre, wręcz entuzjastyczne. Tak entuzjastyczne, że chyba nikomu nie przyjdzie do głowy, że można by zrobić jeszcze coś. Na przykład wznowić nakład Ulicy Sienkiewicza (dzień wcześniej The Demarco European Art Foundation nabyła ostatni egzemplarz). Albo dokonać zupełnie niecudownego rozmnożenia jakiejś innej książki. A ja ciągle nie mam śmiałości o to zapytać. Niemniej jednak i tak jest to znacznie lepsza sytuacja niż na przykład całkowity brak entuzjazmu lub pochwały zdawkowe i wymuszone. Nie mówiąc o obojętności i zdegustowaniu.
Podobno książki żyją swoim własnym życiem. Jeśli tak, to same też powinny dbać o swoje interesy. Może się jednak zdarzyć, że nie lubią się rozpychać łokciami. I co wtedy?



kwiecień 2007

Bristol Artist's Book Event. W zasadzie nie powinienem tu być – moje książki nie są przecież książkami artysty, lecz książkami pisarza. Jednak jak dotąd nie słyszałem o żadnym wydarzeniu dotyczącym książek pisarzy, co wydaje się dosyć dziwne zważywszy fakt, że książek pisarzy jest całkiem sporo. Moja obecność nie jest jednak całkiem nieuzasadniona, wszak jestem także po trosze artystą, czasami przecież coś narysuję. Mógłbym za to z powodzeniem pojawić się na targach książek muzyków. Niestety, takie wydarzenia są jeszcze rzadsze niż targi książek pisarzy.... Miło jest spotkać znajomych, których nie widziało się kilka lat. Bardzo miło. Ciekawe, czy książki też mają takich znajomych. Miło jest też zobaczyć jakieś nowe miejsce – nigdy nie byłem w Bristolu. Ciekawe, czy książkom też jest miło. Ciekawe, czy one widzą to co ja, czy moje oczy są ich oczami – to wcale nie musi być tak jak mogłoby się wydawać.



styczeń 2007

Zabrałem książki z Galerii Białko i z księgarni Ha!Art. Już się tam dosyć nastały, należały, naczekały. Co się z nimi tam miało stać, to już się chyba stało. Kto je miał oglądnąć, to je już oglądnął. Kto miał którąś z nich kupić, to już kupił. Chyba. Zawsze będzie niepewność, że może właśnie następnego dnia przyszedł ktoś, kto chciał kupić je wszystkie. No ale gdyby ktoś tak zdeterminowany się pojawił, to zapewne starczyłoby mu determinacji, żeby się ze mną skontaktować. Nic takiego nie nastąpiło. Więc teraz książki będą trochę podróżować. I wylegiwać się w domu.



27 października 2006

Jestem w galerii sztuki współczesnej w moim rodzinnym mieście. To ma być zaczątek kolekcji, która będzie dokumentować dokonania różnych twórców tego regionu. Pośród wielu obrazów wiszących na ścianach widzę dwie moje książki. Są w ciasnych gablotkach i też wiszą na ścianach. Równie dobrze mogłyby wisieć w muzeum przyrodniczym pośród rozmaitych motyli i innych przedziwnych skrzydlatych stworów. Może nawet byłoby lepiej... Gablotki są schludne i wykonane bardzo starannie i książki wyglądają w nich ładnie. Mimo wszystko to chyba najgorszy los jaki może spotkać książkę.



14 października 2006

Opowiadam o moim Traktacie kartkograficznym na międzynarodowej konferencji poświęconej poszukiwaniu (non)sensu w literaturze. [IALS IV Conference / In Search of (Non)Sense / Instytut Filologii Angielskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie] Jak zwykle opowiadanie przekształca się w pokazywanie książek. Mogłoby się wydawać, że moja obecność wśród filologów, teoretyków i badaczy literatury jest nonsensowna – wszak stoimy po dwóch stronach barykady. Mogłoby, ale nie powinno – wszak tę barykadę tworzą książki, które ja (nie)piszę a oni (nie)czytają.



wrzesień 2006

Nieopisania świata ciąg dalszy...
Po kilku latach przerwy znowu w Muzeum Książki Artystycznej w Łodzi. Czysto, przejrzyście, bez zbędnych elementów. Wystawa-czytelnia. No i zdążyłem z najnowszą książką: LIBRO2N. Prawie zdążyłem - nie była gotowa płytka ze zdjęciami, ale nie sądzę, żeby ktokolwiek z odwiedzających był aż tak dociekliwy. Zresztą dla odwrócenia uwagi umieściłem na ścianach szereg wydruków pokazujących jak powstał gamadelt norbliński.



14 września 2006

Pokazuję swoje książki w Książnicy Płockiej. Opowiadam przez prawie dwie godziny. Gęba mi się nie zamyka. Obiecuję sobie i obiecuję, że nie będę już opowiadał, bo mam dosyć tego ciągłego tłumaczenia dlaczego robię takie dziwne książki i dlaczego jest ich tak mało, a potem mówię jak nakręcony. Kilkoro ludzi kupuje Koniec świata według Emeryka. Mają zamiar wędrować po bezdrożach hipertekstu. Być może na zamiarach się skończy. Wyglądają na ludzi, którym trudno będzie porzucić szelest kartek dla klikania myszką. Wygląd może jednak być bardzo mylący. Mogą przecież być ryzykantami i szaleńcami w przebraniu porządnych obywateli.



lato 2006

Antykwariat naukowy Andrzeja Metzgera w Kielcach. Okno wystawowe. Rękopisy. Notatki. Zeszyty. Maszynopisy. Stare maszyny do pisania. Pierwsza drukarka igłowa. Pierwsza atramentówka... Próba pokazania procesu powstawania książki. Raczej drobnego fragmentu tego procesu. Przecież nie mogłem odkręcić sobie głowy.... Także próba pokazania relacji pomiędzy technologią a ostatecznym kształtem dzieła... Tak. Tylko próby. Zaledwie wskazanie problemu. Uchylenie rąbka tajemnicy. A jeszcze półki z książkami. A jeszcze teksty wyjaśniająco-gmatwające. A jeszcze rysunki gdzieś w tle, w głębi. Niewielkie jest okno wystawowe. Lecz zadziwiająco głębokie. Metaforycznie i realnie.



- - - - - - -