To nader interesujące spostrzeżenie: większość czasu nic nie robię. Siedzę. Chodzę. Stoję. Czekam. Czaję się. Chciałbym się czaić, a się nie czaję. Obijam się. Nade wszystko obijam się. Dosłownie i w przenośni. Idę tu. Idę tam. Do tej ściany. Potem do tamtej. Znowu do tej. W ten róg. W tamten. Obchodzę jedną maszynę. Obchodzę drugą. Wracam do urządzenia, które ominąłem. Znowu je omijam. Po raz nie wiadomo który je omijam. Przenoszę drabinę. Ciągnę ją. Wlokę. Wchodzę na nią. Schodzę. Walczę z wiatrem, który wdziera się nieproszony, otwiera drzwi. Zamykam je. On je otwiera. Ja je zamykam. Moglibyśmy razem zagrać koncert. Wpatruję się w cegłę i próbuję dostrzec w niej cały wszechświat. Nie widzę go. Wiem, że tam jest, ale go nie widzę. Oślepłem? Ogłuchłem? I nagle słyszę i widzę. To co widzę i słyszę muszę zapamiętać. Szybko zanotować. Złapać jakoś. Zatrzymać. Szeleszczę papierami. Zakłócam ciszę. A potem znowu nic. Znowu się tylko obijam. Dosłownie i w przenośni. Obijam się o ściany i o maszyny - - - - - I tak właśnie to wygląda. Co tak właśnie wygląda? Moje myślenie. Tak jak ta hala. Pusto i cicho. Przede wszystkim pusto i cicho. Tylko gdzieniegdzie jakaś kondensacja w postaci starej maszyny. Jakieś gwałtowne zagęszczenie.




Wracam. Obijam się o domy. Obijam się o ciemniejące niebo. Obijam się o wszystko tak jak o ściany mojej głowy obija się myśl o tym, żeby w ogóle wrócić. Bo nie podołam. Bo coś mi tam straszliwie przeszkadza. Bo coś sprawia, że te ściany tam milczą. Odzywają się ćwierćgębkiem. Blindzą coś niezrozumiale. Dobrze, że nie muszę iść daleko. Dobrze, że to blinsko. Bolą mnie nogi od całego dnia dreptania w miejscu, od bezproduktywnego biegania z kąta w kąt, od plątania się w strzępach, boli mnie poobijane ciało i umysł.