
|
|
OBUDZIŁEM SIĘ W MOMENCIE
NAJWIĘKSZEGO ZASTYGNIĘCIA
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
NIE WIEM, CZY SIĘ OBUDZIŁEM -
MOŻE DALEJ SPAŁEM, MOŻE ŚNIŁEM
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Trudno
powiedzieć, żebym spał - on co chwilę krzyczał, jego dudniący
głos rozlewał się po całej poczekalni, odbijał od szklanych ścian,
potem skupiał, ześrodkowywał w moich uszach, wstrząsał
pogrążonym w letargu półświadomości ciałem . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . Leżałem
na żółtych, plastikowych krzesłach - rozciągnąłem na nich matę
i śpiwór, pod głowę podłożyłem torbę. Dużo wcześniej
postanowiłem, że tak spędzę pierwszą noc, prawie zaraz jak tylko
pomyślałem, że tam pojadę i powtarzałem sobie: przylecę i będę
tam spał, znajdę sobie zaciszne miejsce w tym ogromnym budynku i
zostanę w nim, aż zrobi się jasno i wtedy dopiero pojadę do
miasta . . . . . . Nie było w tej poczekalni dużo ludzi i wszyscy
oni albo skądś przylecieli, albo dokądś mieli odlecieć, albo
czekali na kogoś, kto miał przylecieć, w każdym razie nikt z nich
nie wyglądał tak, żebym mógł się go bać, ani też nikt z tych,
którzy siedzieli na zewnątrz wtuleni w ciepłą noc . . . . . . . .
. jeszcze nie chciałem wychodzić; parę kroików zrobiłem, nie
oddalałem się jednak od budynku, trzymałem się go uporczywie,
chciałem to zachować na rano, kiedy być może zdołam wyplątać
się z pęt snu, kiedy przybędzie mi odwagi, kiedy już sobie
przypomnę te wszystkie inne krainy . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
I WSZEDŁEM W TO NAJWIĘKSZE ZASTYGNIĘCIE,
W TO DELIKATNE, ŻÓŁTAWE ZAMGLENIE,
W RODZĄCĄ SIĘ NIEBIESKOŚĆ
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
A
on, ten tajemniczy głos, krzykliwie zapowiadający przyloty i
odloty, pomieszał mi wszystko, popsuł misternie utkane wyobrażenie.
Wstałem, zwinąłem matę i śpiwór, umyłem twarz i ręce . . . .
. . . . . . . . Ociągałem się, nie chciałem wejść w to
zastygnięcie, jeszcze nie wiedziałem dlaczego tak się dzieje,
dlaczego tak tam spokojnie i cicho i czemu tak mało ludzi i
poruszają się powoli albo i nie poruszają wcale . . . . . . . . .
. i nie mogłem się zdobyć na to, żeby tam wejść, bo to że tam
przyleciałem nie oznaczało, że się tam znalazłem, nie, musiałem
jeszcze wejść w to zastygnięcie, pokonać bezwładność własnego
wyobrażenia, uczynić tych kilka kroków; przecież nie wznosiła
się przede mną żadna ściana, nic mnie nie odgradzało od
wielkiego placu pełnego śpiących, starych samochodów i od tej żółtej przestrzeni tłoczącej się dookoła niego, napierającej
na niego, rozciągającej się nieskończenie w dal, dźwigającej w
górę, nic mi nie przeszkadzało, tylko rozepchnąź to ciepłe, ale
jeszcze nie gorące i nie zgęstniałe powietrze, nie napęczniałe
od krzyku i zgiełku i wkroczyć w to zastygnięcie . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
ŚWIAT CAŁY RANO I WIECZOREM
ZASTYGAŁ, NIERUCHOMIAŁ, CICHŁ
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
ŚWIAT CAŁY RANO I WIECZOREM
ZAMIERAŁ ZE ŹDZIWIENIA,
WSTRZYMYWAŁ ODDECH,
ŚNIŁ
|