

|
|
Pociąg
nadjechał z prawej strony, nadjechał powoli, trzęsąc się i
klekocząc. Stanął i opadł go kolorowy, rozkrzyczany tłum,
którego częścią byliśmy my, udający się do tamy, skąd
odpływał statek na krańce wyobraźni. Wszystkie drewniane, twarde
ławki były pozajmowane, wszystkie drewniane półki pozapychane,
wszystkie małe okienka otwarte, przez każde wpadał gorący wiatr i
wszystkie przejścia też były pozastawiane ludźmi i ich bagażami.
A ludzie ci mieli chyba wszystkie możliwe rodzaje twarzy, spojrzeń
i uśmiechów i wszystkie możliwe ilości lat. Pociąg turkotał,
toczył się i to był pierwszy raz jak jechałem tam wagonem
trzeciej klasy.
Pociąg
wtoczył się pod pajęczą konstrukcję hangaru, do tej świątyni
Cienia, która musiała nam zastąpić na kilka godzin krańce
wyobraźni, do których tego dnia statek nie odpłynął. Pociąg
wtoczył się pusty i stanął na samym początku hangaru, ale nie
opadł go kolorowy, rozkrzyczany tłum, bo nie było takiego tłumu,
gdyż tylko my, przybysze zza morza, wracaliśmy, a oni, ci którzy
mieszkali na skraju pustyni i którzy mieli jechać na kraniec świata
nie będący dla nich krańcem i jeszcze dalej, zostali zdecydowani
czekać tam na odpłynięcie statku, tego i tego drugiego udającego
się dalej, poza krańce świata. Bo i gdzie mieli czekać jak nie
tam? Drewniane, twarde ławki były puste, drewniane półki nad nimi
też i nikt nie tłoczył się w przejściu. Małe okna były otwarte
i mozolnie sunęły przez nie pustynne pagórki i zwykłe domy i
wpadał gorący, pustynny wiatr. Pociąg turkotał, toczył się,
ludzie dosiadali się, twarde drewniane ławki i przejścia między
nimi zapełniły się. To był drugi raz jak jechałem tam wagonem
trzeciej klasy.
Pociąg
nadjechał z prawej strony, nadjechał powoli, trzęsąc się i
klekocząc. Stanął i opadł go kolorowy, rozkrzyczany tłum i my
będący jego częścią, my udający się, tak jak i prawie wszyscy
ludzie w tym pociągu, do
tamy, skąd odpływał statek na kraniec świata i wyobraźni.
Wszystkie drewniane, twarde ławki były pozajmowane, wszystkie
drewniane półki pozapychane, wszystkie małe okna otwarte i wpadał
przez nie gorący wiatr i wszystkie przejścia też były
pozastawiane ludźmi i bagażem. Czyli było ciasno, brudno i
hałaśliwie, ale przyjemnie i wcale nie tak znowu gorąco, a ludzie
mieli chyba wszystkie możliwe rodzaje twarzy, spojrzeń i uśmiechów
i wszystkie możliwe ilości lat. Pociąg turkotał, toczył się i
to był trzeci raz jak jechałem tam wagonem trzeciej klasy.
Pociąg
nadjechał od strony tamy, zatrzymał się na zakręcie, łukowato
wygięty, lekko przechylony. Biegliśmy do niego, wdrapywaliśmy się
na wysokie, wąskie stopnie w popłochu i śmiejąc się, my wszyscy,
którzy wróciliśmy z krańca świata, gdyż nikt na przystani nie
wiedział, kiedy będzie następny pociąg. Ten przyjechał
wypełniony ludźmi - wsiedliśmy i już wszystkie ławki i półki i
przejścia między ławkami zostały zajęte, ale w miarę jak
jechaliśmy robiło się coraz luźniej. Pociąg turkotał, toczył
się, coraz to inni ludzie wysiadali i przyjechaliśmy do Kolorowego
Miasta wygodnie ro1zparci na drewnianych, twardych ławkach. I to był
czwarty raz jak jechałem tam wagonem trzeciej klasy.
(Pociąg
jeżdżący z Kolorowego Miasta do miejsca skąd odpływał statek na
kraniec świata miał tylko wagony trzeciej klasy, trzy albo cztery.
Toczył się i turkotał nie dłużej niż godzinę i jeździli nim
tylko zwykli, najzwyklejsi, biedni mieszkańcy znad Wielkiej Płynącej
Na Północ Rzeki i zwykli, najzwyklejsi, wcale nie bogaci, młodzi
przybysze zza pustyni.)
|