
|
|
Myślałem,
że to tak mi wali serce,
że mi tak łomoce w
skroniach.
I dziwiłem się: dlaczego? Jeszcze niewiele
ujechałem,
jeszcze słońce nie wspięło się najwyżej,
jeszcze mnie nie
oślepił biały żwir wypełniający dno doliny i
zaściełający podnóże gór. To musiał być ogromny bęben,
czarodziejski bęben.
Jego dudnienie przetaczało się po górach,
wstrząsało powietrzem.
Zatrzymałem się i chciałem już rzucić rower
i udać się pieszo,
postępując za jego głosem, do jednej z tych małych
wiosek, odnaleźć go, obejrzeć, posłuchać, a on wtedy umilkł. Nie
wiedziałem dokąd iść, domy i wioski takie podobne do siebie, ściana
gór zwielokrotniała dudnienie - mogłem się pomylić, może gdzie
indziej na nim grano? może to same góry dudniły? To musieli
grać ludzie z tej wioski, oni, na pewno oni, bo i któż inny?
bogowie
ze zrujnowanych świątyń? królowie wykradzeni i
wyrzuceni ze
swoich grobów? Pojechałem do ich grobów,
potem wróciłem do
zrujnowanych świątyń. I już tylko
cisza dookoła, już tylko
huczało rozgrzane
powietrze, oślepiał biały żwir.
|