





|
|

To
wcale nie wyglądało jak wrzód. Z tej wysokości wszystko mogłoby
być wrzodem: i las, i jezioro, i droga, i łąka, i naga skała, i cień
góry .... Ziemia cała we wrzodach ... Bo dlaczego tylko miasto
miałoby być wrzodem, dlaczego tylko domy i wszystko to, co zrobi
człowiek miałoby być liszajem, skazą, trądem, rakiem toczącym ziemię?
Przecież z tej ziemi wyrośliśmy, nie spadliśmy z nieba ....... A ja
teraz spadam z nieba na ziemię, z której nie wyrosłem. Lecę
podniebnym szlakiem, powietrzną drogą ....
Gdyby
więc ptaki tylko latały, widziałyby same cudowności. Lecz ich
przekleństwem jest to, iż muszą od czasu do czasu wylądować, by nie
umrzeć w locie z nadmiaru piękna, nie spaść trupem, pierzastym
kamieniem. Człowiek zdaje się być odwrotnością ptaka.
Co powiem? Jakie będzie to pierwsze słowo? Nie planuję, nie układam w
myślach zdań, nie powtarzam słówek. One zagrzebane gdzieś
głęboko, przywalone latami nie rozmawiania w tym języku. Przecież ja
tylko czytałem książki, czasami wręcz dukałem ..... Dwa razy
rozmawiałem po rosyjsku w ciągu ostatnich piętnastu lat. Raz na
południu Francji, w małym domku, bladoróżowej plamce na obrazie
mistrza spod góry Św. Wiktorii, ze starą panią, okrągłą jak
czereśnia, ciężko dyszącą; układała pasjansa małymi, pulchnymi palcami,
paliła zabronionego papierosa, piła zabroniony alkohol i mówiła,
że przyjechała tu, do córki, odpocząć po trzecim zawale i nabrać
sił przed czwartym, a podobno można przeżyć i siedem ....... ach, znała
Bunina, oczywiście, że znała, cóż to był za okropny
człowiek! ..... w Paryżu, gdzie mieszka na stałe, ma wielką
bibliotekę, tu przywiozła tylko jedną książkę, dźwigać też jej
nie wolno, zresztą po cóż dźwigać, gdy śmierć za progiem ...
oczywiście że to opowiadania Iwana Bunina, cóż innego można by
czytać w takiej chwili, w chwili już prawie ostatecznej?
..... Rok przed tym spotkaniem, przez dobre
pół godziny krążyłem po opustoszałym monastyrze Św. Pantelejmona
na górze Athos, zanim spotkałem kogokolwiek, a tym kimś był
czarnobrody igumen, i zamieniłem z nim kilka zdań. Potem nic już nie
mówiłem, jadłem przy szumie modlitwy zniekształconej echem
pustego refektarza, spałem sam w dormitorium o beczkowym sklepieniu i
ścianach grubych na ponad metr, siedziałem na krześle wyplatanym słomą,
przy małym stoliku na którym stała naftowa lampa, na ścianach
piętrzyły się chmury-demony ogromnych cieni, za małymi oknami wyły
wilki, w korytarzu wisiał portret cara .....




Kostia
Kłoczkow - chłopak na posyłki w sklepie zegarmistrzowskim
Kłoczkowów. Oto wyszedł Kostia nakręcić zegar na soborowej
dzwonnicy - raz w tygodniu, wieczorem, Kostia nakręca zegar na
soborowej dzwonnicy, a każdego wieczoru sprawdza.
-
Kostia, dlaczego masz nos krzywy? - doleciało jakby z wiatrem i
wpadło Kostii do ucha.
Kostia
przygryzł ze złości długą, żałosną wargę, zatrząsł się:
po prawdzie to miał krzywy nos.
Jakby
się Kostia nie kurczył, jakby nie chował, wszystkim w oczy lezie -
nie pomaga baszłyk, wiatr zrywa baszłyk. A przechodnie nie
przepuszczą okazji, by podrażnić, ponaśmiewać się z pokraki.
Tacy
to są przechodnie. Taki to jest Kostia.
Kostia
przepycha się przez ludne, zatłoczone ulice do soboru, by na
soborowej dzwonnicy zegar nakręcić.
W
kieszeni podzwaniały mu klucze do zegara. Tymi strasznymi kluczami
mógłby rozwalić najbardziej zakutą pałę dowolnemu z
zaczepiających go przechodniów, ale to przeklęte piętno -
sterczący na bok nos, nie dawało mu spokoju. Niczym rana,
rozrastało się to przeklęte piętno i już nie na twarzy, a gdzieś
tam w sercu i, jak ciężar, ciążyło coraz bardziej z dnia na
dzień, coraz większym brzemieniem się stawało, przygniatało mu
grzbiet.
I ręce mu opadły.




|